"Człowiek jest tak dalece osobą, jak ma skryte i samotne życie, którego z nikim nie może dzielić. Jeśli kogoś kocham, będę w nim kochać to, co go najbardziej czyni osobą: milczącą głębię, skrytość, samotność jego osobistego życia, które może przeniknąć i zrozumieć tylko Bóg."


Thomas Merton
"Nikt nie jest samotną wyspą"



poniedziałek, 23 sierpnia 2010

niedziela, 15 sierpnia 2010

Powodzenia

"Strange fascination, fascinating me"


Błogosławieństwa Bożego i otwartości na Świętego Ducha.



"Jak to mówił (nie pamiętam kto? :)) : Odwagi!"
:))))))
s. M. (Siennica, II 2010)

To chyba dzisiaj????? :) Mam nadzieję, że tak... :)


sobota, 14 sierpnia 2010

Co można robić w domu?

Od wczoraj jestem sama w domu tzn. jestem ja i mój pies :).

Będąc samej??(nie wiem czy to polsku jest :), trudny ten nasz język ) w domu można robić bardzo dużo ciekawych rzeczy. Zazwyczaj wykonujemy czynności, których nie wypadałoby wykonywać podczas czyjejś obecności. Co by sobie ten ktoś o nas pomyślał... ;) Hehehehehe

Ciekawe czy ktoś zgadłby co ja dzisiaj robię w domu?? Podejrzewam, że nikt... :)



Przyznaję się, że dzisiaj ogłosiłam dzień rolkarza - jeżdżę na rolkach po domu. :) Dawno już nie miałam takiego FUN'u. Odkręciłam hamulec, więc mam dodatkowe atrakcje. :)
Hehehehehehehehe
:)))))))))))))))

A tak to się robi :)



Miłego dnia

piątek, 13 sierpnia 2010

czwartek, 12 sierpnia 2010

Późno, więc krótko

Gdy się "ślizgamy"
To źle się mamy...

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Pierwszy dzień

I już jestem po pierwszym dniu. Właśnie dzisiaj rozpoczęłam swoje praktyki na oddziale chirurgii ogólnej. Z samego rana tzn. o 8.00 :) musiałam zgłosić się na szkolenie BHP. Pani poględziła trochę jak to teraz jest ach i och w naszym szpitalu. Zachwycała się nad drzwiami przeciwpożarowymi... Fascynujące :)... Traciłam powoli nadzieję, że w ogóle dzisiaj uda mi się dojść na oddział, ale na szczęście pani skończyła swój wywód o godzinie 9.00. Po podpisaniu zaświadczeń byłam już wolna.

Chwilę po godzinie 9.00 dotarłam na oddział chirurgii ogólnej w moim rodzinnym mieście. Muszę przyznać, że nasz nowy szpital prezentuje się lepiej niż serialowa Zielona Góra. Poważnie... No pewnie inaczej jest z personelem :)... Szpital jest super. Wszystko nowe, na najwyższym poziomie. Można przeżyć szok. Ja tam jeszcze z podziwu nie wyszłam. Wchodząc na oddział właśnie trwał obchód, więc byłam zmuszona trochę poczekać. Złapałam ordynatora na korytarzu i pytam się co dalej... Przemiły doktor stwierdził, że poszukamy innego doktora... No i takim sposobem trafiłam do samego zastępcy ordynatora :). Jak mnie doktor zobaczył to stwierdził, że mnie kojarzy, bo mieliśmy już ze sobą wcześniej do czynienia :). Potwierdziłam, że widziałam już doktora w zeszłym roku w akcji... Ja to mam farta. Jestem jego cieniem. Siedzimy przy biureczku i działamy. Dzisiaj udało mi się wypisać, aż dwa skierowania na konsultacje psychiatryczne :). Doktor wszystko ładnie mi pokazał i kazał robić to co on :). Aaaaa udało mi się jeszcze zobaczyć wyciąganie drenu po kraniotomii i dowiedziałam się, że doktor wykonuje operacje Whipple'a. Szacunek... Musiałam się zwolnić już 0 11.15. To tak nie ładnie pierwszego dnia, ale nie miałam wyjścia...

Szybko wyszłam ze szpitala, wsiadłam na rower i pognałam do dentysty :), by o 11.30 usiąść na jego fotelu. Było bardzo przyjemnie. Nic nie bolało, a wszystko może trwało z 15 minut. Wyszłam od mojej dentystki trzymając w ręku swoją pękną, zdrową piątkę... :) W domu byłam już o 12.00 i chwilę po wejściu wciągnęłam jogurt :) (przez słomkę).

Reszta dnia powinna przebiegać spokojnie :) Zobaczymy co będzie jutro w szpitalu...

sobota, 7 sierpnia 2010

Tatry, ludzie i ja... dalszy ciąg

W innym poście napisałam, że opiszę dalszy ciąg moich przygód z ludźmi.

Podczas mojej pierwszej niedzieli w Tatrach. Spotkałam pewnego mężczyznę tzn. to on mnie zaczepił jak schodziłam do Kuźnic. Na pierwszy rzut oka był zwyczajnym turystą w średnim wieku (w rozmowie wyszło, że ma 40 lat). Wędrował po górach sam. Zaczepił mnie w bardzo oryginalny sposób. Nie powiedział nawet dzień dobry, tylko zadał mi bardzo osobiste pytanie (tzn. wziął mnie za kogoś). Nie będę pisała jakie to było pytanie... Odpowiedziałam na nie dość przewrotnie, bo nie wiedziałam z kim rozmawiam. Na początku trochę się zmieszał, ale po chwili odpowiedział, że jest franciszkaninem i obserwował mnie trochę w pewnym miejscu. Zobaczyłam na jego piersi duża taukę i pomyślałam, że być może jest tym za kogo się podaje. Nie przypuszczałam nawet, że nasze spotkanie może być zwiastunem czegoś bardzo ciekawego. Chyba wzajemnie zaintrygowani swoimi osobami, postanowiliśmy, że trochę ze sobą porozmawiamy. Z racji tego, że to pan mnie zaczepił pierwszy, pozwoliłam mu się trochę wygadać. Na początku opowiedział mi co takiego ciekawego widział, obserwując moją osobę... Hm, nic szczególnego... Pytał czy ja go też widziałam. Przyznałam, że nie, bo byłam zajęta :). Potem opowiedział mi pokrótce jak trafił do franciszkanów. Co robił za nim do nich poszedł. Nagle zaczął mówić, że bardzo lubi czytać książki (pomyślałam, że to nic nadzwyczajnego, jakoś się tak składa, że w jego środowisku to dużo ludzi pasjonuje się książkami). Trochę się zdziwiłam, gdy zaczął mówić, że od lat zaczytuje się w pewnym trapiście amerykańskim. Zamilkłam, żeby móc usłyszeć wyraźnie o kogo chodzi. Czekałam tylko, aż powie, że chodzi o Thomasa Mertona. Uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam, że to bardzo ciekawe, bo ja też się w nim zaczytuję. Pomyślałam sobie: kim ty jesteś człowiecze mały (bo był mały ten franek)?? Najpierw zadajesz mi pytanie z "kosmosu", a potem mnie zarzucasz Mertonem, moim ukochanym Mertonem... Ciekawe co z tego będzie? Nigdy bym nie przypuszczała, że mnie "dopadnie" Thomas w Zakopanem. Nie często mi się przytrafia rozmówca, który by coś mertonowskiego czytał. Temat mieliśmy świetny. Braciszek chyba nie mógł się ze mną rozstać, bo odprowadził mnie, tam gdzie się udawałam, choć było mu to nie po drodze :). Pożegnaliśmy się w niedzielę, nie przypuszczając nawet, że spotkamy się jeszcze raz...


W środę następnego tygodnia, w ramach dnia odpoczynku, postanowiłam jechać do Zakopanego. Idąc obiadową porą po Krupówkach widzę jak naprzeciwko mnie idzie niedzielny braciszek. Jakież było jego zdziwienie, jak mnie zobaczył :). Spieszył się do kościoła, bo chciał się trochę pomodlić. Poprosił mnie, żebyśmy spotkali się za pół godziny pod pewną knajpką i zjedli razem obiad. Powiedziałam mu, że w zasadzie to miałam inne plany i nie za bardzo mam ochotę coś jeść. Nalegał, więc się zgodziłam... Spotkaliśmy się. Na dzień dobry stwierdził, że gdyby nie jego zapominalstwo i pewne zaniedbanie to byśmy się nie spotkali, bo byłby już w drodze do Krakowa... Myślę sobie OK, może i tak :), no, ale się spotkaliśmy. Obiad nam się trochę przedłużył - do godzin kolacyjnych. Niesamowite o ilu rzeczach mogłam z nim pogadać. Jak wiele tematów przerobiliśmy. Gadaliśmy w sumie z 4 godziny. Mówiliśmy podejrzewam o wszystkim. O życiu, jak na nie patrzymy, jak do niego podchodzimy, o przyszłości, o rodzinie, o rodzinach, o związkach, o relacjach, o Kościele, o słabościach, o problemach tu i tam, o jego wspólnocie, o jego wyborach, o jego drodze, o miłości, o potrzebach człowieka i naszych osobistych potrzebach, o Mertonie po raz kolejny, o wędrowaniu, o pielgrzymowaniu, o szukaniu i o odnajdywaniu, o "rozdarciach", o napięciach, o wrażliwości, o tym kim jesteśmy, za kogo się uważamy, w jakim kierunku patrzymy, co sobie myślimy, o doświadczeniu, o podejmowaniu decyzji, o czasie, o unikaniu... I nie wiem o czym jeszcze, ale to było bardzo cenne... Wygadałam się... Dzisiaj wiem, że bardzo mi brakuje takich właśnie rozmów o rzeczach najważniejszych. O rzeczach, którymi żyję w "moim małym świecie" :). Braciszek pozwolił sobie powiedzieć parę rzeczy od siebie. Powiedział, że po tym co usłyszał to bardzo trudno będzie mi znaleźć męża :). Popatrzył mi głęboko w oczy i pozwolił sobie dodać, że jest pewien, że wiem o co chodzi, ale on sam mi tego nie powie... :) Hehehe to była bardzo ciekawa scena. Uśmiechnęłam się do niego i przyznałam mu rację, że chyba wiem co miał na myśli... (nie będę ukrywać, że kandydatów to ja jakoś nie widzę, no, ale kto wie...) Podpytywał się o znajomość pewnych grup ludzi... Czy coś wiem na ich temat? Czy myślałam kiedyś o pewnej formie życia? I takie tam... Szalony!... Na koniec powiedział, że gdyby nie jego 40 lat i stan to by się ze mną ożenił... (chyba w podświadomości stwierdziłam, że kończę z gadaniem z facetami w średnim wieku :) )O zgrozo :/............... Uśmiałam się na ten tekst zdrowo :). Choć jednocześnie przyznam się, że w środku zrobiło mi się przykro...

Żałował, że już wyjeżdża z Zakopanego... Odprowadziłam go na dworzec i tam się ciepło pożegnaliśmy.

Nie mam zielonego pojęcia kim był ten człowiek w rzeczywistości, ale łatwość rozmowy z nim i powaga naszego spotkania nie opuszcza mnie do dnia dzisiejszego...

Jak dam radę to może jeszcze coś napiszę w tym temacie...

czwartek, 5 sierpnia 2010

O czymś

Nie ma to jak życiowa piosenka... Lubię takie...

środa, 4 sierpnia 2010

Uchwycić się

Chyba nie ma dnia, żebym nie pomyślała o tych słowach:

"Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe."

1 Kor 13, 10


"
Wszystko, co doskonałe, dojrzewa powoli."

Arthur Schopenhauer


Łatwiej jest mi przyjąć moją codzienność...

wtorek, 3 sierpnia 2010

Czasami się spełniają...

Jest niedziela 1 sierpnia. Godzina 8.00 rano. Czuję jak coś okropnego wyrywa mnie ze snu. To mój dzwoniący budzik. Bardzo dobrze znam ten dźwięk, nie cierpię go. Pierwsze niedzielne pragnienie - milcz... Uruchamiam powoli swoje zaspane mięśnie. Próbuję zlokalizować miejsce dzwonienia. Czynność: lokalizowanie i łapanie budzika do ręki mam opanowaną do perfekcji. Lata praktyki :). Jeszcze tylko wcisnąć odpowiedni guziczek. Udało się. Zamilkł... Ufff... Nie dzwoni, ale słyszę, że nadal docierają do mnie jakieś dźwięki. Próbuję zorientować się o co chodzi. Słyszę śpiewy. Pielgrzymkowe śpiewy... Wyglądam przez okno i widzę, jak zmierzają na Jasną... Radośni, szczęśliwi, jeszcze niezmęczeni, bo to ich początek wędrówki. A co u mnie? Żal, że mnie nie ma wśród nich. To było tak mocne, że nie mogłam opanować swojego płaczu. Jeszcze przed chwilą spałam sobie jak małe dziecko, a teraz szlocham i się zanoszę... Przeszli. Już ich nie widzę. Śpiewy milknął... A ja zostaję w domu... Uspokajam się.

Godzina 23.00 dnia wczorajszego. Wchodzę, na swoją skrzynkę e-mailową i widzę, że mam wiadomość. Pisze do mnie koleżanka, że właśnie jutro wychodzi na pielgrzymkę z OP'ami i dodaje: "zabieram Cię ze sobą w modlitwie!" :). Właściwie to nawet nie wiem czy idzie z Krakowa czy z Lublina? Ale bardziej skłaniam się ku Lublinowi. Takim to sposobem ja też wędruję na Jasną. Tak bardzo tego chciałam... :)

Powinnam jeszcze wspomnieć o mojej duchowej pielgrzymce do Ziemi Świętej. Jest tam Oksana i wiem, że nosi mnie w sercu:).

I tak sobie pielgrzymuję...


Dziękuję wszystkim za pamięć w modlitwie!